Proste gotowanie bez zbędnej filozofii

Archive for the ‘Inne’ Category

Cytrusowe skórki w czekoladzie

Zima powoli dobiega końca – śnieg stopniał w prawie wszystkich zakątkach kraju, z rana zamiast szumu pługów słychać śpiew ptaków, a promienie wiosennego słońca coraz odważniej wychylają się zza ciemnych, ciężkich chmur. Wraz z zimą przeminą też jednak przysmaki, które szczególnie dobrze pieszczą podniebienie, gdy za oknem ziąb i szaruga. Mowa bowiem o kandyzowanych skórkach w czekoladzie – małych, słodkich bombach kalorycznych, których smak pozostaje na długo i w pamięci, i w ustach. Kto jednak powiedział, że są zarezerwowane tylko na okres okołobożonarodzeniowy? 😉 Przepis pochodzi z bloga mojewypieki.

Składniki:

  • kilka pomarańczy lub dwa grejpfruty
  • szklanka cukru
  • szklanka wody
  • kilka tabliczek czekolady: gorzkiej, mlecznej lub białej – wedle uznania

Owoce dokładnie myjemy i szorujemy, po czym dzielimy skórkę na ćwiartki i kroimy w paseczki grubości 0,7-1 cm. Z paseczków odkrajamy część „białej skóry”, czyli albedo (uwaga! pozostawiamy część albedo – inaczej skórki będą zbyt suche). Przygotowaną skórkę zalewamy wrzątkiem i gotujemy przez 15 minut, po czym odcedzamy ją. W garnuszku przygotowujemy mieszaninę cukru z wodą w proporcjach 1:1, a następnie zagotowujemy do rozpuszczenia się cukru. Wrzucamy skórki – całość gotujemy na niewielkim ogniu aż paseczki staną się półprzezroczyste, a prawie cała woda wyparuje (zajmie to co najmniej godzinę – najlepiej jest co kilka minut doglądać swojego dzieła, szczególnie gdy już prawie cała woda wyparuje i cukier będzie bliski karmelizacji). Paseczki odcedzamy, suszymy na kratce (nieprzykryte!) przez co najmniej 12 godzin.

Następnego dnia czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej i obtaczamy w niej skórki – do tego celu polecam pęsetę, która znacznie ułatwia manewrowanie paseczkami w rondelku 😉 Tak przygotowane skórki odkładamy na papier do pieczenia do zastygnięcia.

Smacznego! 🙂

PS Po kilkunastu godzinach na paseczkach może pojawić się biały osad – być może wygląda on odrobinę nieestetycznie, lecz jest to po prostu wytrącający się cukier.

Likier a’la Baileys

Po dołączeniu do zaszczytnego grona inżynierów polskich wracam ze zdwojoną siłą! Jako że sukcesy świętować trzeba, a najłatwiej robić to z pomocą napojów wyskokowych, proponuję do tych celów domowy i niedrogi likier kawowo-mleczny. Nie jest to jeden z tych trunków, który potrzebuje czasu aby się przegryźć – ba, jest gotowy do konsumpcji od razu po zmieszaniu składników, choć rzeczywiście być może odrobinę lepiej smakuje pozostawiony w lodówce na przynajmniej jedną noc. Likier ten ma jednak jedną dużą wadę – znika zdecydowanie zbyt szybko 😉 Oryginalny przepis zamieszczono na o-pysznym-jedzeniu.bloog.pl.

Składniki na 1 litr:

  • 0,5 l wódki,
  • puszka masy krówkowej (40 – 50 dag),
  • 125 ml niesłodzonego mleka skondensowanego,
  • łyżeczka kawy rozpuszczalnej.

Do garnka przekładamy masę krówkową, miksujemy do uzyskania jednolitej struktury, a następnie dodajemy wódkę i od tej pory miksturę mieszamy łyżką. W międzyczasie zaparzamy łyżeczkę kawy rozpuszczalnej w minimalnej ilości wody (1/6-1/5 szklanki), ostudzoną dodajemy do likieru wraz z odmierzonym mlekiem skondensowanym. Całość mieszamy aż do całkowitego rozpuszczenia masy krówkowej, po czym odcedzamy na sitku (usuniemy w tej sposób znajdujące się w masie kożuchy i kryształki cukru). Gotowy likier możemy przelać do butelek – proponuję przechowywanie w lodówce. Smacznego! 🙂

Informacja o stanie

Niemoralnie długa absencja

Jagodowezwierze pragnie przeprosić wszystkich czytelników za zdecydowanie zbyt długi okres braku aktualizacji bloga (nie, nie zapomniałam o nim, nie porzuciłam go, nie zrezygnowałam z jego prowadzenia, nie znudził mi się, itd. itp.) i jednocześnie grzecznie prosi o trzymanie kciuków podczas rychłej obrony pracy inżynierskiej.

Koniec prywaty 😉

Świąteczne pierniczki

Na początku tego wpisu chciałabym przeprosić z całego serca wiernych czytelników (o ile tacy w ogóle istnieją ;)) za zdecydowanie zbyt długi czas oczekiwania na update – przeżywszy wir świątecznych przygotowań które odbiły mi się chorobą (tak, tak, Wigilię i 1. dzień Świąt przeleżałam w łóżku) obiecuję poprawę! (swoją drogą… hm… regularne dodawanie postów to dobry pomysł na postanowienie noworoczne…) Przechodząc jednak do tematu przewodniego dzisiejszego wpisu chciałabym zaprezentować Wam wspaniały przepis na aromatyczne pierniczki last minute – pozostawione na talerzyku wystarczająco zmiękną w przeciągu 2 dni, a do tego są łatwe i przyjemne w przygotowaniu – ciasto nie wymaga długiego wyrabiania, nie klei się do rąk i łatwo się rozwałkowuje – prawdziwa cud miód malina! 🙂 Sekretna receptura pochodzi od mojej koleżanki Kasi.

Składniki na 3 blachy ciasteczek:

  • 0,5 kg mąki pszennej,
  • 100 g masła,
  • 2 jaja,
  • szczypta soli,
  • 20 dag miodu,
  • niepełna szklanka cukru,
  • 1,5 – 2 płaskie łyżeczki sody oczyszczonej,
  • 2 opakowania przyprawy do piernika.

Masło i miód rozpuszczamy w rondelku, po czym odstawiamy do ostygnięcia. Mąkę mieszamy z cukrem, solą, proszkiem do pieczenia i przyprawami, po czym wbijamy jajka, dolewamy masło z miodem i wyrabiamy ciasto. Ciasto dzielimy na 3 porcje jednakowej wielkości, schładzamy w lodówce około godziny (jest to jednak warunek niekonieczny). Przed wałkowaniem ciasto oprószamy mąką; wałkujemy na grubość 3-6 mm, wycinamy wymarzone kształty i pieczemy w temperaturze 180 stopni przez 8-10 minut. Do dekoracji ostygniętych ciasteczek z powodzeniem możemy wykorzystać lukier z Piernikowych muffinek z wiśniami, zwiększając ilość cukru nawet do 200 g na białko. Smacznego! 🙂

Szyszki

Szyszki – prawdziwie oldschoolowy smakołyk, kilkanaście lat temu obecny w prawie każdym domu na komuniach czy imieninach. Zaznaczam – prawie każdym, bo jako dziecko zawsze żałowałam, że mogę je zjeść tylko jako gość w czyimś domu – moja mama specjalizowała się raczej w waflu przekładanym domowym kremem kakaowym (który, notabene, również uwielbiam), lecz jak na złość nigdy szyszek robić nie chciała. Lata minęły, o szyszkach wszyscy zapomnieli – może jednak warto powspominać krótko ten deser wgryzając się w „styropian” oblany słodką masą? 😉


Składniki na około 20-25 niedużych szyszek:

  • 170 g krówek,
  • 100 g masła (zdecydowanie można dać mniej, zrównoważając to dodaniem większej ilości krówek),
  • 100 g ryżu preparowanego.

Krówki i masło wrzucamy do garnka, doprowadzamy do rozpuszczenia składników na niewielkim ogniu, po czym doprowadzamy do zagotowania – powstanie jednolita masa krówkowa. Masę zdejmujemy z ognia, do garnka dosypujemy ryż, dokładnie mieszamy go z masą po czym formujemy w rękach kuleczki lub szyszki. Wilgotne szyszki układamy na talerzach (bez obaw – nie przykleją się na tyle, by sprawić problem z ich odklejeniem); powinny być suche po pół godziny. Smacznego! 🙂

Pralinki kokosowe

Inspiracją dla tych pralinek był przepis wygrzebany na blogu Lubię gotować – zależało mi jednak na czymś stosunkowo niskokalorycznym, co nie będzie powodować wyrzutów sumienia po zjedzeniu. W tym celu serek mascarpone zastąpiłam homogenizowanym, a cukier – śmietankowymi wafelkami, ostatecznie uzyskując kaloryczność na poziomie około 250 kcal/100 g (35 kcal na pralinkę). Kuleczki są niezbyt słodkie, o oryginalnym smaku – częstujący się nimi po raz pierwszy nie byli w stanie zidentyfikować składników 😉

Składniki (na około 35 kuleczek):

  • 100 g wiórków kokosowych + wiórki do obtoczenia (50 g?)
  • 210 g serka homogenizowanego (u mnie „doniczka” od Małego Głoda ;))
  • 90 g wafelków śmietankowych

Wafelki dokładnie kruszymy, np. tłuczkiem do mięsa, najlepiej nie otwierając wcześniej paczki – w ten sposób się nam nie rozsypią po całej kuchni. Rozkruszone wsypujemy do miseczki, dodajemy wiórki, mieszamy do wymieszania składników, po czym dodajemy serek. Całość mieszamy do połączenia składników – uzyskamy gliniastą masę, która bardzo łatwo da nam się formować w kulki. Gotowe kuleczki obtaczamy w kokosie; pralinki przechowujemy w lodówce. Smacznego!

Crumble z jabłkami i rodzynkami

Cieplutkie, niemoralnie słodko pachnące, w sam raz na mglistą szarugę za oknem – któż się mu oprze? Przyznam szczerze, że od dawna przymierzałam się do zrobienia deseru tego typu, ale skutecznie powstrzymywał mnie przed tym fakt braku kokilek. Problemu ten został jednak rozwiązany przez Asię i prezent urodzinowy, którym mnie obdarowała (dziękuję! :)) – tak oto powstało crumble mojego pomysłu 🙂

Składniki (na 2 osoby, kokilki o średnicy 9 cm):

  • 2 małe jabłka,
  • garść rodzynek,
  • łyżeczka oliwy z oliwek,
  • 1,5 łyżki mąki,
  • 2 łyżki cukru,
  • 1/3 łyżeczki cynamonu,
  • plasterek masła (~5 g).

Jabłka obieramy, usuwamy gniazda nasienne, kroimy na małe kawałki, wraz z rodzynkami podduszamy na oliwie i kilku łyżkach wody przez kilka minut pod pokrywką (np. na patelni). Pod koniec duszenia odkrywamy jabłka, dodajemy łyżeczkę cukru i czekamy, aż cukier się rozpuści i lekko skarmelizuje. Jabłka przekładamy do kokilek, po czym z pozostałych składników zagniatamy cynamonową kruszonkę. Kruszonką posypujemy równomiernie owocowe nadzienie; całość pieczemy około 15 minut w temperaturze 200 stopni Celsjusza (aż do zarumienienia kruszonki). Smacznego! 🙂